© 2019 by Yestem

KATARZYNA LEWIECKA-KUSIO

Zaczynając maraton od sprintu - moje wzloty i trudności w procesie zmiany. W zmianę wchodzę z odwagą lwa. Na hurrrra! Pełna ciekawości, ekscytacji i energii. Pociąga mnie nieznane i droga, którą trzeba przejść aby nieznane stało się znajome. Fascynuje mnie zarówno droga przede mną, wiedza którą potrzebuję zdobyć, ludzie których spotkam na tej drodze, wejście w obszary do tej pory niepoznane.

Tak, moment, w którym decyduję w którym kierunku iść to jest ten stan, który bardzo lubię. Ale ten ekscytujący etap to, jakże ważna, ale tylko część procesu zmiany. Wrócę do początku. Jak to w ogóle u mnie jest z tym wchodzeniem w zmianę?

Na początku uświadamiam sobie, że coś jest nie tak. Co? Sytuacji wyjściowych jest całe spektrum: coś zabiera mi energię, nie czuję sensu w tym co się dzieje, czuję stagnację albo dysharmonię.  Nie jest to miłe, czuję dyskomfort i dzięki temu daje się zauważyć. Jak ból, który wskazuje gdzie dzieje się źle.  Wtedy przyglądam się sobie i nasłuchuję, w którym to kościele dzwoni. Gdzie siedzi ten złodziej energii, poczucia sensu, harmonii?

Kiedy już znajdę przyczynę i zyskuję świadomość co mi nie służy w danej sytuacji zaczynam poszukiwanie Nowego, ku któremu mogłabym dążyć. I to jest moment niełatwego wyboru. Ten etap pełen jest wzlotów i zwątpień, ale również wzrastającej energii. Swego rodzaju haju i podniecenia. Przecież jest tyle opcji do wyboru! W której sprawdzę się najlepiej i która będzie mi służyła?

Niełatwe, ale jak już znajdę, to wchodzę na drogę do Nowego obydwoma butami. Niesie mnie wspomniana ekscytacja, ciekawość ludzi i drogi. To one dają mi niesamowitą energię na początku. To jest moja siła. Dzięki temu na nowy szlak wchodzę zdeterminowana i z ogromnym optymizmem. Jest jednak również ciemniejsza strona tego stylu. Trudno mi być nieustannie na wysokiej energii. To tak, jakby zacząć maraton od sprintu. Przychodzi więc moment zmęczenia i zwątpienia a przede mną cały czas kawał drogi… I tu są pierwsze naprawdę trudne dla mnie momenty. Czy ja dam radę, czy dotrwam, czy ten kierunek ma sens?

Co mi wtedy pomaga? Przypominam sobie, dlaczego wybrałam tę a nie inną drogę, rozmawiam z bliskimi, którzy dopingują i… akceptuję swoją chwilową słabość.  Wiem, że tak mam. I nie chcę tego zmieniać. Potrzebuję po prostu trochę witaminy z zewnątrz (bliscy), odpoczynku, ustalenia punktów kontrolnych, ustalenia realnego tempa. I to jest moment, kiedy dociera do mnie, że to będzie niełatwa, czasem mozolna wspinaczka. I sama świadomość tego jest uwalniająca. Pnę się więc na tę górę zmiany doświadczając zarówno swojej mocy

i słabości. I po prostu idę miarowym krokiem, nie oglądając się wstecz.     

Wróć do TWÓRCZA ZMIANA